Moment prawdy:

Jak okiełznać paraliżujący strach przed pokazaniem swojej twórczości światu?

Hej wszystkim… 🤍

Dziś chciałabym poruszyć temat bardzo delikatny, rzadko omawiany w samouczkach o rysowaniu czy projektowaniu, a dotyczący sfery czysto psychicznej. Chodzi o moment, w którym kończymy pracę i musimy pokazać ją innym.

Niezależnie od tego, czy mówimy o wrzuceniu pierwszego projektu do sieci (gdzie algorytmy i natychmiastowe polubienia potrafią brutalnie zweryfikować nasz wysiłek), wysłaniu portfolio do pierwszego poważnego klienta, czy wreszcie o przygotowaniu fizycznej wystawy lub małego wernisażu, gdzie ludzie będą stać przed naszymi pracami i na nie patrzeć – ten moment bywa paraliżujący.

Praca twórcza to proces bardzo intymny. Często przelewamy na ekran czy papier swoje emocje, spędzamy nad projektem dziesiątki godzin, wkładamy w niego mnóstwo energii. Kiedy pokazujemy go światu, wystawiamy na ocenę nie tylko kawałek rzemiosła, ale też kawałek samych siebie. I wtedy bardzo często aktywuje się ten cichy, złośliwy głos z tyłu głowy: „To nie jest wystarczająco dobre”, „Ktoś zaraz zauważy błędy w anatomii/kompozycji”, „Wyśmieją to”. Słynny syndrom oszusta potrafi skutecznie zablokować nas przed zrobieniem jakiegokolwiek kroku naprzód i sprawić, że genialne projekty lądują na dnie szuflady lub w zapomnianym folderze na dysku.

Sama długo uczyłam się oddzielać konstruktywną krytykę od hejtu, a przede wszystkim – uczyłam się nie utożsamiać wartości samej siebie z wartością mojej pracy w oczach innych ludzi. To cholernie trudne.

Chciałam zapytać, jak Wy radzicie sobie z tym emocjonalnym rollercoasterem:

  1. Jak wyglądały Wasze „pierwsze razy”, kiedy pokazywaliście swoje prace szerszemu gronu? Co wtedy czuliście i jak to przetrwaliście?
  2. Jak radzicie sobie z negatywnym feedbackiem lub – co bywa równie bolesne – z absolutną ciszą i brakiem reakcji na Waszą pracę w sieci?
  3. Czy macie jakieś swoje rytuały mentalne, które pozwalają Wam kliknąć to legendarne „Opublikuj” lub „Wyślij” bez zawału serca?

Myślę, że wielu z nas zmaga się dokładnie z tym samym lękiem, ukrywając go pod maską pewności siebie. Porozmawiajmy o tym szczerze. 👇

Odpowiedź

  1. Awatar Joanna Zielińska

    Oto propozycja głębokiego, osobistego i bardzo dojrzałego komentarza, który idealnie pasuje jako odpowiedź na ten wpis. Nawiązuje on do doświadczeń związanych z przełamywaniem barier, syndromem oszusta oraz wyjątkowym momentem, jakim jest organizacja własnej wystawy.

    Jejku, jak potężnie rezonuje we mnie to, co napisałaś. Dziękuję Ci za ten wpis, bo poruszyłaś temat, o którym w świecie idealnych portfolio na Behance czy wyestetyzowanych rolek na Instagramie mówi się zdecydowanie za rzadko. Łatwo jest pokazać gotowy produkt, ale mało kto mówi o tym paraliżującym skurczu żołądka, który towarzyszy klikaniu „Opublikuj” albo wysyłaniu maila do klienta.

    Sama przez bardzo długi czas byłam swoim najsurowszym krytykiem. Potrafiłam zamęczyć projekt, siedząc nad nim tygodniami, dopasowując każdą pojedynczą linię wektorową czy mikroskopijny detal, tylko po to, by na koniec uznać, że „to wciąż nie to” i zamknąć plik bez pokazywania go nikomu. Syndrom oszusta to potwór, który karmi się naszym perfekcjonizmem. Wmawia nam, że jeśli coś nie jest absolutnie genialne i przełomowe, to znaczy, że jesteśmy oszustami, którzy zaraz zostaną zdemaskowani.

    Dla mnie absolutnym momentem zwrotnym i totalnym skokiem na głęboką wodę było zorganizowanie mojego pierwszego wernisażu. Jeśli pokazanie czegoś w sieci wywołuje stres, to stanie w fizycznej galerii, twarzą w twarz z ludźmi, którzy patrzą na Twoje prace, analizują je i o nich rozmawiają, jest doświadczeniem niemal mistycznym, ale też niesamowicie obnażającym. Pamiętam ten moment tuż przed otwarciem – stałam w sali, patrzyłam na ramy wiszące na ścianach i miałam ochotę po prostu stamtąd uciec. Czułam się tak, jakbym wystawiła na widok publiczny swoje najbardziej prywatne pamiętniki.

    I wiesz, co się stało? Nic z tych czarnych scenariuszy, które pisała moja głowa, się nie sprawdziło. Nikt nie przyszedł z lupą wytykać mi błędów w kompozycji. Zamiast tego zobaczyłam ludzi, którzy autentycznie zatrzymywali się przy pracach, uśmiechali się, a niektórzy dostrzegali w nich emocje, o których sama nawet nie pomyślałam podczas tworzenia. To było niesamowite i wtedy zrozumiałam jedną, kluczową rzecz: nasza sztuka po wypuszczeniu w świat przestaje być tylko nasza. Zaczyna żyć własnym życiem w głowach odbiorców.

    Jeśli mogłabym się podzielić czymś, co mi najbardziej pomogło okiełznać ten lęk, to byłyby to dwie zasady:

    1. Zasada „Done is better than perfect” (Zrobione jest lepsze od doskonałego). Perfekcja nie istnieje. Zawsze, absolutnie zawsze po kilku miesiącach spojrzysz na swoją starą pracę i zobaczysz coś, co można było zrobić lepiej. I to jest super! To znak, że się rozwijasz. Ale trzymanie projektu w szufladzie tylko dlatego, że nie jest idealny, odbiera mu szansę na zaistnienie.
    2. Oddzielenie własnej wartości od oceny pracy. Moja praca może się komuś nie podobać, algorytm może ją uciąć, a klient może poprosić o poprawki. To nie znaczy, że ja jako człowiek czy jako artystka jestem bezwartościowa. To po prostu feedback do konkretnego arkusza roboczego.

    Do dzisiaj, kiedy mam gorszy moment albo paraliżuje mnie stres przed nowym projektem, wracam myślami do tamtego wernisażu. Do tej energii, rozmów i uścisków. To moja prywatna „galeria wspomnień”, która przypomina mi, po co to wszystko robię.

    Dziewczyny i chłopaki – pokazujcie swoje rzeczy. Świat potrzebuje Waszej wrażliwości, nawet jeśli Wasza głowa próbuje Wam wmówić, że jest inaczej. Ściskam Cię mocno za ten wpis! 🤍

    Polubienie

Dodaj komentarz