Kiedy dzisiaj siadam przed ekranem komputera, otwieram programy graficzne i z absolutną precyzją przesuwam wektorowe linie, łapię się czasem na nostalgicznej refleksji. Moja codzienność to dzisiaj cyfrowy świat, tablety i piksele. Ale przecież ten cały zapał, ta miłość do kształtów i kolorów, nie wzięły się znikąd. Moja artystyczna droga zaczęła się na długo przed tym, zanim dowiedziałam się, czym jest Adobe czy zasady kompozycji. Zaczęła się w dzieciństwie.
Gdy wracam pamięcią do tamtych lat, widzę pokój zasypany stertami papieru, kredkami zastruganymi tak mocno, że aż pękały rysiki, i wiecznie ubrudzone dłonie. Podczas gdy inne dzieci bawiły się w chowanego, ja potrafiłam spędzić długie godziny, leżąc na dywanie i próbując przelać na papier wszystko, co podsuwała mi wyobraźnia.
Pierwsze studio projektowe: stół w dużym pokoju
Moim pierwszym „studiem graficznym” był kuchenny stół albo podłoga w salonie. Tworzyłam wtedy wszystko – od alternatywnych okładek do ulubionych książek, przez wymyślone postacie, aż po pierwsze, koślawe próby uchwycenia architektury mojego ukochanego, rodzinnego Sandomierza. Te sandomierskie, klimatyczne uliczki, zamkowe mury i tajemnicze wąwozy były moją pierwszą wielką inspiracją. To tam uczyłam się patrzeć na świat oczami obserwatora – dostrzegać, jak układa się światło na kamienicach i jak linie dachów przecinają niebo.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to, co robię, to intuicyjna nauka perspektywy i kadrowania. Dla mnie to była po prostu czysta, nieskrępowana radość tworzenia.
Ciepło domowego ogniska i najlepsi fani
Rozwijanie talentu w dzieciństwie rzadko bywa jednak drogą całkowicie samodzielną. Potrzebny jest ktoś, kto nie pozwoli Ci zwątpić, kiedy rysunek nie wychodzi tak, jak sobie zaplanowałaś. Ja miałam to ogromne szczęście, że od samego początku czułam niesamowite wsparcie w domu.
Moja mama była moją pierwszą i najbardziej oddaną publicznością. To ona z cierpliwością znosiła widok wiecznie pomazanych stołów, zbierała moje rozrzucone szkice i – co najważniejsze – potrafiła dostrzec w tych dziecięcych bazgrołach coś więcej. Pokazała mi ogromne ciepło swojego serca, tworząc dla mnie bezpieczną przestrzeń, w której mogłam eksperymentować, mylić się i szukać własnego głosu. Każdy udany rysunek lądował na lodówce, a każde potknięcie kwitowane było słowami: „Spróbuj jeszcze raz, następny będzie wspaniały”. To poczucie, że moje ucieczki w świat sztuki są ważne i doceniane, dało mi odwagę, by w przyszłości pójść w tym kierunku na poważnie.
Od kredek do wektorów
Z biegiem lat tradycyjne bloki rysunkowe zaczęły ustępować miejsca technologii. Kredki i akwarele zamieniłam na grafikę wektorową i cyfrowy design. Ale wiecie co? Ta dziecięca wrażliwość, upór i potrzeba opowiadania historii za pomocą obrazu zostały we mnie do dziś.
Praca w branży kreatywnej bywa ciężka – o czym pisałam Wam w poprzednim poście. Wymaga dyscypliny, mierzenia się z krytyką i technicznego rygoru. Jednak w momentach największego zmęczenia staram się wracać myślami do tamtej dziewczynki siedzącej na dywanie z językiem przygryzionym z przejęcia nad kartką papieru. Przypominam sobie, dlaczego to kocham.
Nasze dziecięce pasje to niesamowity fundament. Czasem warto do nich wrócić, żeby przypomnieć sobie, skąd przyszliśmy i dokąd zmierzamy.
A jak to wyglądało u Was? Pamiętacie swoje pierwsze artystyczne próby w dzieciństwie? Rysowaliście po ścianach, czy potulnie zapełnialiście bloki rysunkowe? Dajcie znać w komentarzach, chętnie poczytam Wasze historie!
Dodaj komentarz